Pierwszy miesiąc freelance’u: podsumowanie

nogi i laptop - pierwszy miesiąc freelance'u
7 min.

Jeśli od początku śledzisz mojego bloga, zapewne widzisz, jak wiele się zmieniło na przestrzeni kilku miesięcy. Kiedy go zakładałam, pracowałam jeszcze na etacie. Później zmieniłam pracę, a potem jej formułę ze stacjonarnej na zdalną. Dziś Ci opowiem, jak było i jak sobie poradziłam w pierwszym miesiącu freelance’u.

Znajome miejsce, a jakby nieco inne

Ważne: 3 lata temu też byłam freelancerem. Po około pół roku postanowiłam jednak pójść na etat, by nauczyć się jak najwięcej. Po spędzeniu w x-kom blisko 2,5 roku zmieniłam pracę… a potem stwierdziłam, że skoro i tak w tym roku wszystko jest palcem na wodzie pisane, to chyba nic nie stoi na przeszkodzie, bym wreszcie spełniła swoje marzenia i żyła tak, jak zawsze chciałam.

Utwierdziły mnie w tym masowo wpadające zlecenia, o które w ogóle nie zabiegałam. Po prostu się pojawiły. Potraktowałam je jako znak od losu, że to dobry moment na zmiany. Czułam, że jeśli teraz pójdę za głosem intuicji, to sobie poradzę.

Od czego zaczęłam?

Na początku zabrałam się za to, co najważniejsze: budowanie swojej bazy klientów. Postanowiłam w tym celu być wszędzie, żeby sprawdzić, co najlepiej działa.

W pierwszej kolejności zaczęłam korzystać z założonego jakiś czas temu konta na Useme i składać oferty na różne zlecenia znajdujące się w kręgu moich zainteresowań.

Oprócz tego:

  • wróciłam na Oferię i wykupiłam Pakiet Max na miesiąc,
  • zapisałam się do kilku grup facebookowych ze zleceniami dla freelancerów,
  • wstawiłam ogłoszenie na OLX i Gumtree,
  • zaktualizowałam swoje profile w social mediach,
  • dodałam sobie stanowisko „freelance copywriter” na Facebooku i LinkedIn.

Zastanawiając się też, jak odbijać obiekcje dotyczące mojej stawki, wymyśliłam sobie hasło – „Zamów u mnie teksty, zanim zrobi to Twoja konkurencja!” i również wstawiłam je w swoje profile. Myślę, że to jedna z rzeczy, które mnie wyróżniają – już w pierwszym kontakcie pokazuję, na co mnie stać. Z tego, co widzę, niewielu copywriterów ma taki własny slogan.

Aby nie poświęcać zbyt wiele czasu na żmudne przeliczanie stawek i opisywanie ich, opracowałam (metodą prób i błędów) cennik i kalkulatory Excel. Dzięki temu wystarczy parę kliknięć, bym była w stanie odpowiednio wycenić tekst. Jeśli moje arkusze będą działać tak, jak oczekuję, podzielę się nimi w newsletterze.

Zgłaszałam się też do wielu ogłoszeń w grupach na FB oraz na OLX.

Jak znalazłam pierwszych klientów?

Mój pierwszy klient to agencja, dla której już pracowałam. Po prostu zmieniliśmy formułę współpracy na nieco luźniejszą. W efekcie freelance nie stał się dla mnie synonimem nudy i stagnacji. 😉 Po prostu dalej wykonywałam swoje obowiązki. To było dobre. Wciąż miałam co robić i nie zdążyłam zwątpić w swój pomysł.

Jednego z klientów znalazłam na Useme. Wysłałam caaaałą masę wiadomości, a odezwał się pierwszy człowiek, do którego napisałam. To było przeznaczenie! 😀

Kolejny mój klient to agencja eventowa. Znalazłam jej ogłoszenie i maila na portalu dla freelancerów, odezwałam się i dostałam propozycję napisania tekstu próbnego. W drodze wyjątku umówiliśmy się, że będzie płatny, jeśli nawiążemy współpracę. Normalnie na takie rzeczy się nie zgadzam. Uważam, że mój czas, praca i umiejętności kosztują, i to sporo (#skromność), ale dostałam jeden z najlepszych briefów ever, szczegółowy i konkretny. Chciałam to jakoś docenić. I było warto. ?

Kolejny klient trafił do mnie z Facebooka…. przez komentarz pod postem Artura Jabłońskiego. Przeszedł na mój prywatny profil, a tam akurat wisiał publicznie widoczny post o przejściu na freelance. Pan stwierdził, że z moim doświadczeniem mogę sporo wnieść do jego projektu i zaproponował współpracę.

Kolejny klient znalazł mnie na OLX i napisał przez formularz na stronie. Do tej pory miałam wrażenie, że na OLX tracę tylko czas, bo w sumie odpisuję tam na wiadomości i sama się zgłaszam, a nic z tego nie wynika, a tu takie miłe zaskoczenie.

Po pierwszych dwóch tygodniach zrobił się spory szum. Już nie ja zgłaszałam się do zleceń (bo nie miałam na to czasu, próbując nadgonić pracę przed wyjazdem na Marketing w Kulturze). Zleceniodawcy zaczęli sami do mnie masowo pisać: przede wszystkim przez formularz na blogu i na Oferii.

Ciekawostka:

Widzę już, że różnica polega na tym, czy ktoś odpisuje mi bezpośrednio na OLX, czy jednak podejmuje trud, by zajrzeć na mój blog, a potem napisać przez formularz lub na maila. W drugim przypadku ten człowiek wie, jakim doświadczeniem mogę się pochwalić i jest bardziej otwarty na moje propozycje. Ci, którzy odpisują mi przez OLX, najprawdopodobniej w ogóle nie zaglądają na moją stronę, a potem się dziwią, skąd taka stawka. Ech…

Gdzie szukać pierwszych klientów? Lepsze i gorsze miejsca

Co tu dużo gadać: niektóre kanały są wyjątkowo skuteczne, a pozostałe – kompletnie nic nie dają.

Portale dla  freelancerów

Useme

Podejrzewam, że tutaj na moją korzyść zadziałała statystyka. Wysyłałam oferty na wszystkie nowe zlecenia, które mnie zainteresowały. Przy takiej liczbie zgłoszeń coś musiało się udać. Jestem zadowolona z efektu. ?

Oferia

Wykupiłam w niej płatny dostęp na miesiąc, pamiętając, że 3 lata temu była dla mnie jednym z ważniejszych źródeł pracy. Tym razem – cóż, zgłosiłam się do paru zleceń, nie dostając odpowiedzi, ale… potem przyszła wiadomość w serwisie od potencjalnego klienta… jednego, drugiego, trzeciego…

Social media

Facebook

Sprawdził się jako miejsce do budowania swojej marki osobistej, do pokazania się. Można powiedzieć, że nawet ze 100% skutecznością, bo pierwszy klient, jaki tam mnie znalazł, od razu był skłonny do współpracy. Dostałam też dobre kilka linków do ogłoszeń od… znajomych, którzy gdzieś je wypatrzyli i skojarzyli fakty. Dlatego właśnie warto czasem wspomnieć na FB, co się robi zawodowo – bo są jeszcze dobrzy ludzie na świecie. 🙂

Grupy Facebookowe

Tutaj bez szału. Na około 20 osób, do których napisałam, odezwały się może ze 4. Jedna – żeby dopytać o szczegóły i moje pomysły, pozostałe – żeby poinformować, że zlecenie nieaktualne, ewentualnie powymądrzać się na temat moich stawek. ?

Ten kanał w moim przypadku nie przynosi efektów, więc w tej chwili w ogóle w niego nie wkładam energii. Po prostu jestem, czasem coś polajkuję lub skomentuję. Bardziej się udzielam w swoich własnych grupach – do których serdecznie Cię zapraszam:

Grupa Lekko o copy

Freelancerzy Częstochowa <3

FREELANCERZY – jedyna przyjazna grupa! <3

Nie popełniałam tutaj błędu pt. „Piszę wszędzie na priv, nawet gdy proszą o maila”, bo zawsze czytam dokładnie treść ogłoszeń. Czy zrobiłam coś innego źle? Być może. Pomyślałam sobie, że spróbuję to jeszcze rozpracować, ale na razie nie mam czasu.

Dopiero ostatnio zdarzyło mi się, że przez mój komentarz dotarł do mnie potencjalny klient, ale jednak nie należał do mojej grupy docelowej.

LinkedIn

Tutaj dostałam zlecenie tylko raz, ale jeszcze zanim oficjalnie zostałam freelancerem. Poza tym cisza. Być może też dlatego, że nie miałam ostatnio czasu, by tam działać i dopiero od niedawna bardziej się udzielam.

Portale ogłoszeniowe

OLX

Widzę sens tylko w wystawieniu swojego własnego ogłoszenia. Ofert na pracę zdalną dla copywritera jest sporo, ale potencjalnym pracodawcom brakuje chyba czasu i/lub podstawowej kultury. Niestety nie mają zwyczaju odpisywać, że dziękują, że dostali Twoją aplikację, albo – dlaczego Ciebie nie wybrali. A zdarzyło mi się o to nawet zapytać. Zero odzewu. Szanuję pracodawców, którzy taką informację przekazują, ale raczej nie znajdziecie ich na portalu ogłoszeniowym.

Gumtree

Na razie dostałam dwie wiadomości. Jedną z pytaniem, czy piszę również artykuły naukowe i zastanawiam się, czy należy ją rozumieć jako „Czy pisze Pani artykuły naukowe?” czy może raczej „Czy pisze pani prace licencjackie i magisterskie?”. Ale to w sumie bez znaczenia, bo odpowiedź na oba pytania brzmi: „Nie”. ? Potem ktoś inny zapytał, czy tłumaczę teksty. No też nie, choć 3 lata temu mi się zdarzało. Jestem copywriterem, angielski znam świetnie, ale wolę go używać do researchu.

Jak było? Wady i zalety freelance’u

Elastyczność… i duuużo pracy

Pierwszy miesiąc dość szybko okazał się trudny i pełen pracy. Na samym początku miałam dni, kiedy w środku dnia robiłam sobie przerwę na spacer czy zakupy, a potem pracowałam do wieczora… albo i nie.

Potem, gdy walczyłam z deadline’ami przed konferencją, siedziałam po 11-13 godzin. I czułam się jak zombie. Nie dziwcie się, że nie byłam specjalnie aktywna w social mediach, na blogu czy w newsletterze. Nie miałam na to ani czasu, ani siły. Łapałam dopiero po 23 książkę i próbowałam ją czytać, a potem zasypiałam przy włączonym świetle. Śniąc o pracy. ?

Powoli wypracowuję sobie taki standard, by nie spędzać całych dni przed komputerem, ale zachować tę oczekiwaną przeze mnie elastyczność. Na razie nie jestem gotowa na to, by wstawać o 5 rano, jak kiedyś. Wychodzę z założenia, że po to zostałam freelancerem, żeby wstawać wtedy, kiedy mi się podoba. Może za jakiś czas zmienię zdanie, żeby np. mieć wolne już o 11 lub 13. ?

Niezależność

Jestem bardzo zadowolona i pełna optymizmu. Praca w domu, na własnych warunkach, to jest dokładnie to, czego chciałam i tak pracuje mi się najlepiej.

Co prawda, kiedy byłam copywriterem w x-kom, zdawało mi się, że jestem w stanie tak przepracować chociaż z 5 lat… ale teraz wiem, że tylko zagłuszałam głos intuicji. Nie dla mnie wstawanie po ciemku i meldowanie się w biurze dzień w dzień oraz uzależnienie od czyjegoś widzimisię. Z klientami jakoś łatwiej utrzymać zdrowe relacje. 😉

Komfort i cisza

Wolę pracować wtedy, kiedy mam na to siłę i energię. W pracy kreatywnej to naprawdę istotne. Podobnie ważna jest dla mnie także cisza. W open space kompletnie nie miałam na to wpływu i dobiegały do mnie hałasy, rozmowy, śmiechy, dzwoniące telefony… Ktoś powie: „to trzeba było założyć słuchawki”. A ja powiem, że nie zawsze miałam na to ochotę. Czasem wolę całkowitą ciszę, czasem muzykę, czasem leci u mnie w tle jakiś program z TV – ale to ja decyduję.

Co prawda, w domu nie mam ciągle wpływu na to, czy komuś z sąsiadów nie wpadnie do głowy, żeby nagle przez pół dnia wiercić dziury w ścianie (a ostatnio wpadło!), ale jeśli warunki stają się tak totalnie niesprzyjające, zawsze mogę się ewakuować do kawiarni lub w plener. Pełna swoboda!

Zarobki po pierwszym miesiącu

Czas na najważniejsze. Na czym zarabiałam przez pierwszy miesiąc freelance’u?

  • prowadzenie kilku firmowych stron na Facebooku,
  • tworzenie artykułów.

Już luty (a dokładniej: jego ostatnie 2 tygodnie) mogę podsumować podwyżką o ponad 600 zł. Marzec najprawdopodobniej będzie jeszcze bardziej obiecujący, jak wynika z moich prognoz. ? Mam ambitny zamiar, by wypłacać sobie co miesiąc wynagrodzenie i coś odłożyć. Chciałabym pojechać na jakiś urlop w tym roku (nawet licząc się z tym, że być może przedpołudnia będę spędzać przed komputerem).

Co dalej? Cele i plany na kolejne miesiące

Wypracowuję rutynę pracy. Organizuję się tak, żeby piątki mieć wolne. Zwiększam zarobki. Rozwijam się! Dbam o stałych klientów i pozwalam sobie na realizację mniejszych, pojedynczych zleceń. Na przyjmowanie kolejnych stałych i większych współprac czas mi już za bardzo nie pozwala. Mam w tej chwili komplet, a bardzo mi zależy, by jakość mojej pracy nie spadła w związku z jej nadmiarem.

Zamierzam też podsumowywać kolejne miesiące w tym roku. Chcę pokazać Ci swoją drogę, byś na jej podstawie mógł wyciągnąć wnioski. Freelance to ciągle nie jest leżenie z laptopem pod palemką, ale jestem przekonana, że dla niektórych osób będzie i tak trafnym wyborem. Dla mnie jest i daje mi dużo radości. 🙂

Chcesz dowiedzieć się więcej na temat mojej pracy zdalnej?

Potrzebujesz zdalnego copywritera? Napisz: sylwia@czarujeslowami.pl

Pierwszy miesiąc freelance’u: podsumowanie
UDOSTĘPNIJ
Przewiń do góry